O tym się mówiPraktyczne porady

Co może… rozczarować podczas zagranicznych wypadów turystycznych?

Zacznę od dwóch oczywistości. Pierwsza: istnieje mnóstwo niesamowitych miejsc na Ziemi, które naprawdę warto odwiedzić. Druga: istnieją różne sposoby na odwiedzenie tych miejsc. Po co te truizmy? Ponieważ jest jeszcze trzecia oczywistość, o której mówi się nieco „ściszonym głosem”. A mianowicie: podróżowanie pod różnymi względami może okazać się naprawdę niesympatyczne. Oczywiście, osobną kwestią jest to, czy taki stan zależy od nas, czy nie. Żeby więc uniknąć podobnych wrażeń, warto wcześniej zasięgnąć wiedzy i precyzyjnie odpowiedzieć sobie na pytanie: czego tak naprawdę oczekujemy po takim wyjeździe?

Od wielkich oczekiwań do „syndromu paryskiego”

Prędzej czy później z pewnością zdecydowałbym się podjąć ten temat na łamach mojego bloga. Jednak dlaczego właśnie teraz? Chyba przede wszystkim skłonił mnie do tego niedawno przeczytany artykuł o stolicy Francji, a konkretnie o tzw. „syndromie paryskim”. Co ciekawe, w tekście mowa jest nie tylko o ogólnym poczuciu rozczarowania u osób, które tam docierają. Według artykułu, problem ma – przynajmniej w pewnej części – podłoże medyczne, związane z badaniami, jakie w latach 80. poczynił psychiatra Hiroaki Ota. U Japończyków przybywających do Paryża mógł nierzadko dostrzegał dość szczególne objawy. I to od somatycznych, jak przyspieszony puls, zawroty głowy, duszności lub wymioty, po psychiczne, np. ogólny niepokój, stany depresyjne czy wręcz halucynacje. Co było ich powodem? Wśród przyczyn „syndromu paryskiego” wymieniane są m.in.: uczucie zmęczenia, bariera językowa, różnice kulturowe oraz… pękające jak bańka mydlana, idealistyczne wyobrażenie na temat stolicy Francji.

Nieszczególne strony szczególnych wyjazdów…

Wspomniane objawy mogą wydawać się takie, jak „w wielu innych przypadkach, gdy po prostu kiepsko się czujemy”. A sytuacja niekoniecznie zarezerwowana tylko dla kraju, z którym związany jest syndrom paryski. Tu można zachować pewien dystans do tematu, tyle że… problem jako taki faktycznie istnieje. Spadek naszego samopoczucia bądź zdrowotne anomalie mogą wywołać realnie panujące w danym miejscu warunki. Klimat, pogoda, rodzaj powietrza, wysokość, na jakiej się znajdujemy (a więc i ciśnienie atmosferyczne), rodzaj kuchni i produktów spożywczych, smaki, kolory i zapachy – to tylko niektóre ze wspomnianych czynników. Nierzadko słyszy się o takich symptomach, jak puchnące kończyny, ból głowy, biegunka podróżnika czy choroba wysokościowa. Im dalej się wybieramy, im więcej czasu zajmuje nam pokonanie drogi, im bardziej odmienne środowisko od naszego zastajemy na miejscu, tym łatwiej o wystąpienie któregoś z objawów (zwłaszcza, gdy jesteśmy dość podatni na takie zmiany). Nie dziwi mnie więc, że Japończycy, dla których podróż do Paryża do szmat przebytej drogi, drastyczna zmiana strefy czasowej, zupełnie inna kultura czy kuchnia – mogą zwyczajnie czuć się tam dziwnie. I różnie na to reagować. A są obszary świata, gdzie dochodzą inne, równie ważne lub nawet ważniejsze kwestie, jak ryzyko związane z egzotycznymi wirusami czy konfliktami zbrojnymi.

Drugą sprawą, zresztą przywołaną w tamtym artykule, jest, nazwijmy to, poczucie rozczarowania. Cóż… tak jak autor słusznie zauważył, gdy już znajdziemy się w stolicy Francji, nie spotkamy tam dosłownie miasta z filmu „O północy w Paryżu”. Zarówno produkcje fabularne, jak i pięknie zrealizowane dokumenty przedstawiają raczej wyidealizowany obraz takiego miejsca. Osoba zza granicy, oglądająca tego typu kino w miękkim, wygodnym fotelu, nie doświadcza wszystkich niedogodności, np. tłoku, hałasu, zmęczenia, dużych odległości, ciasnych od tłumu przejść itp. Za to na podstawie znakomitego obrazu filmowego przyjeżdża z jeszcze wspanialszym obrazem swojej wycieczki w głowie i… zderza się z rzeczywistością. Jeśli myślicie, że do kawiarni, gdzie pracowała „słynna Amelia”, możecie tak po prostu wejść i czegoś się napić – muszę Was zmartwić: tam naprawdę roi się od turystów. Dlatego pobyt w takim lokalu powinniście potraktować z nie mniej odpowiednim podejściem, co inne atrakcje. Jeśli ktoś liczy, że w Rzymie, w trakcie sezonu wakacyjnego, zobaczy Koloseum albo Muzea Watykańskie ot tak, to zwyczajnie jest w błędzie. W tym drugim przypadku powinien raczej się liczyć z tym, że będzie stał w bardzo długiej kolejce i w pełnym słońcu, by w ogóle zakupić bilet wstępu. Zapewne w telewizji nieraz oglądaliście pięknie przedstawione piramidy – jakbyście nawiązywali intymny dialog sam na sam z tysiącami lat staroegipskiej cywilizacji. Wybaczcie: w rzeczywistości również nierealne. Wysoka, uznawana na całym świecie atrakcyjność konkretnych miejsc wpływa zarówno na ogrom przemysłu turystycznego (liczebność przewodników, handlarzy pamiątkami, a także… naciągaczy), jak i powodzie osób odwiedzających te lokacje. Znowu ten stan rzeczy potrafi poszczególnym, przybyłym osobom wyraźnie obniżyć komfort przemieszczania się, zwiedzania lub wypoczynku.

Jak uniknąć podróżniczych nieprzyjemności?

Oczywiście, nie wszystkie sytuacje będą od nas w pełni zależne. Nie możemy przewidzieć na przykład, czy dany lot okaże się opóźniony lub jaką finalnie pogodę zastaniemy na miejscu. Istnieje jednak szereg spraw, na które jesteśmy w stanie się przygotować.

Po pierwsze: najważniejsze kwestie, takie jak lot tam i z powrotem, zakwaterowanie, najważniejsze atrakcje, najlepiej organizować z większym wyprzedzeniem. Daje to większe prawdopodobieństwo wyboru preferowanych przez nas terminów, a nawet obniżenia kosztów w tym zakresie. Bilet zakupiony w trybie online, na pewien czas przed przyjazdem, potrafi naprawdę uwolnić od stania w takich kolejkach, jak ta, o której mówiłem w kontekście Muzeów Watykańskich.

Po drugie: dobry plan to podstawa. I znów, nie starajmy się uwzględnić wszystko, złapać w kleszcze organizacji każdej minuty, bo to niemożliwe, a poza tym zabiera wyjazdowi tę potrzebną dawkę spontaniczności. Stwórzmy jednak w miarę realny, własny program wycieczki – ustalmy np., co zwiedzamy, którego dnia i w jakiej kolejności, uwzględniając przy tym potrzebny czas na posiłki, odpoczynek czy swobodne przemieszczanie się. Taki plan pozwoli nam z jednej strony zrealizować najważniejsze cele podczas takiego wyjazdu, zaś z drugiej – pozostawi przestrzeń na nieoczekiwane czy okolicznościowe atrakcje.

Po trzecie: poszerzajmy bank wiedzy na temat miejsca, do którego się udajemy. Podobnie, jak poprzednio – nie starajmy się przeczytać całego internetu. Niemniej, im więcej praktycznych i aktualnych informacji uzyskamy zawczasu, tym łatwiej odnajdziemy się po przyjeździe. Warto przyswoić podstawowe wiadomości na temat klimatu, planu miasta, gastronomii, zabytków i wydarzeń kulturalnych, a nawet kultury i obyczajowości panującej w danym kraju. Pamiętajmy, że w różnych regionach świata potrafią panować zgoła inne zwyczaje: przykładowo, napiwek dany Japończykowi w taksówce zwyczajnie go obrazi, zaś na Sardynii bardzo źle zostanie odebrany popularny gest autostopowiczów, czyli kciuk uniesiony w górę.

Różnego rodzaju wyprawy potrafią mieć niemało minusów, „ciemnych punktów” czy niewygód. Jeśli o te ostatnie chodzi, świadomie pominąłem chociażby wyprawy górskie czy autostopowe, gdyż pewien brak komfortu jest podczas nich niejako wpisany w ideę wyjazdu. Nie oznacza to jednak, że samo podróżowanie jest męczące i nieprzyjazne. Jest fascynujące oraz warte poświęcenia wysiłku, czasu i pieniędzy. Chodzi po prostu o stosowne przygotowane do danej wycieczki czy uzyskanie potrzebnych odpowiedzi. I nie ukrywam, że właśnie takim celom służyć ma ten blog – dostarczać przydatnej wiedzy i rozwiewać podróżnicze wątpliwości.

Tagi

Może Cię zainteresować...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close